Mam wrażenie, że listopad ciągnie się bez końca, czas niczym guma arabska oblepia dzień za dniem.
Dziś Andzejkowe party, opadły mi chęci, ciało odmówiło posłuszeństwa, a psyche chce się schować pod kołdrę.
Dobrze, że mam... kilkoro najbliższych mi osób, inaczej myślę, że bym sie rozpadła, rozsypała, rozlała jak woda i wsiąkła w podłoże..., a potem nastałaby pustka i cisza..
Tymczasem jest hałas, działanie, myślenie i stres, więc żyję i żyć będę. Muszę tylko postawić ciało do pionu i wygrzebać psyche spod kołdry.
Przez kilka ostatnich dni żyję w stresie. Leczę go... wieczornym relaksem przy książce, filmie i przy nocnych rozmowach z przyjaciółkami. Pocieszamy się wzajemnie, one mnie, Ja je... i tak bez końca.
Dzisiaj stres powoli odpuścił, a rozmowa z Gosią była tego kulminacją:
Ona:
miejmy nadzieje, ze wszystko sie jakos z czasem nam wszystkim poprostuje
Ja:
tak... włosy łonowe w szczególności
Listopad zaskakuje nas pogodą, jesień jakiej dawno nie było, kolory rdzy i czerwieni w promieniach ciepłego słońca. Niestety pod przykrywką cudu natury czają się potwory.
Od kilku dni jakieś czrne moce walczą ze sobą i przeciwko sobie, moi bliscy i znajomi cierpią lub zachowują się irracjonalnie, jak zagubione małolaty w świecie dorosłych. Dlaczego jesień i czas skorpiona wzbudza tak różne i skrajne emocje, czemu zmiany bolą, a jednocześnie dają nam siłę i zmuszją do życia.
Miałam w nocy sen. Śnił mi się zjazd i konferencja Magików i Czarownic w jakimś mocno zapomnianym przez świat miejscu. Tajemnica i magia przewijała się w każdym zakątku mojego snu. Poza tym była piękna jesień...
Wczoraj mój ukochany chciał sie mnie pozbyć... w dość zabawny sposób.
Rano musiałam odwieść swój samochód do mechanika, wyjechałam z pod domu pierwsza, Wojtek rozgrzewał swój czołg więc odjechał później, Umówiliśmy się pod zakładem mechaniki.
Odstawiłam swoją czerwoną strzałę, umówiłam się z mechanikiem na jej odbiór i wyszłam na ulicę, żeby poczekać na ślubnego. Zauważyłam go z daleka, machnęłam ręką, a on... przejechał :) Poczułam tylko zapach smarzonych frytek i rozgrzanego oleju roślinnego.
Mój kochany... zwyczajnie zapomniał, nie zauważył, zagadał się przez telefon... ze śmiechu prawie się popłakałam i z głupawym uśmiechem na twarzy poszłam sobie... Po kilku minutach zadzwonił, z pytaniem gdzie jestem... bo on... za daleko pojechał...
Nie złą komedię można by nakręcić, tym bardziej, że takie gagi już nie raz sie nam przytrafiły. Kiedyś Ja zamknęłam kota... za drzwiami wejściowymi, po jakimś czasie sąsiadka zadzwonił z pytaniem czy to nasz kot, bo tak bardzo miałczy pod drzwiami :) Biedna Kluska, choć wyjątkowo kochana.
W ostatnią niedzielę wybraliśmy się do Warszawy po ... łódkę pychówkę. No cóż łódka jak łódka, ale szczególnie odpowiednia na przyszłoroczną imprezę historyczną, tak więc zabraliśmy nasz duży wóz i pojechaliśmy.
Od dawna wozimy różne rzeczy na dachu samochodu, bo przyczepę mamy ciut za małą na ilość przeworzonego sprzętu, jak szafy, łóżka, płyty OSB. Idąc tym rozumowaniem zapakowaliśmy liny, sznurki, no bo przecież to tylko łódka - drewniana w dodatku i płaskodenna.
Dotarliśmy na miejsce, dwaj młodzi chłopcy, którzy sprzedawali za bezcen swoja łódkę z dziada przadziada byli mocno zdziwieni, że tak bez przyczepy... bo łódka i owszem płaskodenna ale o długości 7 mietrów i wadze 250 kg...
Opadły nam ręce, ale cóż poddać się nie można w końcu przejechaliśmy 140 kilometrów i co tak bez niczego mamy wracać :)
I tak oto trzech chłopa + Ja wepchnęliśmy, przepchneliśmy, wsunęliśmy łódź na dach, a dach... nic, przeżył tą operację i miał się nawet nie źle przez następne 140 kilometrów. Łódź wystawała z przodu na długość maski, a z tyłu jakieś 2 metry, nie było osoby która z otwartymi ustami lub głośnym hihotem nie zerkała na nasz "łodzowóz", w końcu gdybyśmy tak odwrócili sytuację - moglibyśmy łodzią przepłynąć, ale czy ona wytrzymałaby te kilka ton stali... chyba nie.
W taki oto sposób zostaliśmy posiadaczami łodzi pychówki, i lekko wgniecionego dachu oraz zdartego lakieru w aucie. Od dziś i auto i łódź mają swoje nowe historie :) a.. i zdjęcia mam... ale wkleić nie umiem.
Ostatni weekend spędziłąm z Wojtkiem na zawodach wędkarskich. No cóż, sama bym na to nie wpadłą, ale w moim ślubnym odezwały się wspomnienia z młodzieńczych lat jak to jeździł na zawody wędkarskie i łowił... a Ja cóż, no może raz nad rzeką, na robaka łowiłam Leszcze, przez 2 tygodnie i oczywiście menu nasze przez ten czas wyglądało dość monotonnie, a cuchnęłam wtedy, oj cuchnęłam razem z moją siostrą kochaną. Na zmianę skrobałyśmy, patroszyłyśmy, smarzyłyśmy i jadłyśmy... to były wakacje z rybką!
W przypadku ostatnich zawodów jednak złowić nic nie złowiłam, właściwie nikt nie złowił, bo pogoda na ryby była paskudna... no cóż dla ryb może paskudna, ale dla mnie... och. Rozpłynełam się, bo nie pamiętam kiedy udało mi się poczuć tak mocno pogodną i ciepłą złotą jesień.
Zawody upłynęły bardzo przyjemnie, jedzenie, spotkania z wędkarzami ;), no i ta okolica Niedzicy i Dunajca - mód na moją duszę. Zawody skończyły się w niedzielę, ale słońce nie chciało przestać grzać więc spakowaliśmy nasze wędki i pojechaliśmy na Słowację szukać domu na Sylwestra. Znaleźliśmy, znaleźliśmy też tysiące pięknych miejsc, malowniczych widoków i postanowiliśmy pojechać do Zakopanego. Zdążyliśmy jeszcze na zachód słońca na Gubałówkę. Decyzją rady dwóch zostaliśmy na noc w dość powiedziałbym obskurnym domu ale z pięknym prawie królewskim łożem, które było tak niewygodne, że żadne z nas nocy porządnie nie przespało. Poranek nas mile zaskoczył - słońce grzało, temperatura rosła. Spakowaliśmy się z myślą o wyjeździe, poszliśmy jeszcze popatrzeć na Krupówki, kupić prawie Oscypki i ... wpadł nam genialny pomysł do głowy. Korzystając z okazji pojedziemy kolejką na Kasprowy i jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. A pod kolejką w Kuźnicy, kolejka, ale złożona z jakichś 200 osób. No ale wytrwale wystaliśmy godzinę, no i... zatykało nas z wrażenia w miarę wjeżdżania na górę... Mój lęk wysokości odszedł w zapomnienie i zamarzył mi się wtedy długi rajd po Tatrach, od schroniska do schroniska. To chyba takie moje jeszcze nie do końca zrealizowane marzenie, więc się wciska mi w myśli kiedy tylko jestem w górach.
Pech chciał, że po godzinie leżenia na szczycie w pełnym słońcu, gapienia się na góry i napawania widokami, okazało się, że kolejka się popsuła i musimy się zmieścić w ostatnich dwóch wagonikach, które jada na górę, a osób było sporo. Ale udało się, zjechaliśmy, choć przyznam szczerze, że wywołało to wśród ludzi mały popłoch.
Tak więc od zawodów wędkarskich na Kasprowy... chyba jeden z najcudowniejszych wypadów weekendowych ostatnich lat. Będzie co wspominać... oj na długo.
Ostatnio jak burza przez moje życie przewinął się Człowiek Huba.
Huba przybiera postać ludzką i zawiesza się na innych.
Najpierw szuka dobrego miejsca i odpowiedniej osoby, potem, wykonuje tak zwany ruch "hyc" i już wisi Ci na ręku bądź przy nodze. Nagle widzisz, że masz coś nowego, żywego, ale obcego, co zaczyna wymagać i wymagać, rościć sobie prawa i rozpychać się w nie swoim świecie.
Ale spróbuj ją delikatnie zrzucić, strzącnąć, ooo wtedy się zaczyna, Huba gryzie, kopie i wymiotuje złością, żelem i negacją. Rozzłoszczona Huba nie widzi, że nią jest więc wymyśla spiskowe teorie odnośnie swojej Hubowej osobowości i wciska je innym w usta. Po ostrej szarpaninie, czasem nawet przy użyciu cięzkich narzędzi Huba ostentacyjnie odpada, kopiąc Cię w kostkę, albo nie daj Boże w dupę... jak sięgnie (ale zazwyczaj Huby nie rosną tak wielkie żeby sięgnąc Ci do dupy).
I tak znowu Twój śwait wraca do normy, rany leczą się w zależności od długości hubowania Huby. Na szczęście w moim przypadku trwało to kilka dni :)
Ale żeby Huba mogła być Hubą musi trafić na kogoś kto pozwoli jej się na sobie uwiesić - ostatnio padło na mnie :)
I jak to w moim życiu zwykle bywa - jestem mądrzejsza o NOWE doświadczenie.
Więc dziękuję Hubie, że się pojawiła, natomiast mam nadzieję, że Huba przestanie nią być a Ja zacznę słuchać swojej intuicji - niezawodnej w takich przypadkach!